Na niedźwiedzia w Siedmiogrodzie

Rumunia to jeden z ostatnich krajów w Europie, gdzie można polować na niedźwiedzie. W rumuńskich Karpatach ich liczbę ocenia się na blisko 5 tysięcy.

Transylwania (historyczny Siedmiogród) kojarzona jest z ponurymi zamczyskami, duchami, wilkołakami i wampirami... Faktycznie jej XIV-wieczne zamki w Rasznowie i Branie wyglądają jak obiekty z planu filmu o Drakuli – zwłaszcza, gdyby w tle dodać średniowieczną zabudowę Sighisoary. Nie jest to jednak wyłącznie świat budzących grozę warowni. Transylwania to także wysokie góry z doskonałymi szlakami turystycznymi i narciarskimi, to zatrzymane w czasie wioski z charakterystycznymi dla tego zakątka świata „zamkami chłopskimi”, to także – szczególnie jesienią – mekka dla tych myśliwych, których ekscytują niebezpieczne wyzwania. Organizuje się tutaj polowania na największe żyjące w Europie drapieżniki: wilki, rysie i niedźwiedzie. W Rumunii, dzięki położeniu geograficznemu, przyroda jest dzika i groźna. Ukształtowanie terenu z niedostępnymi Karpatami, stwarza idealne warunki dla dużych drapieżników. Wszak połowa obszaru leśnych Karpat przypada właśnie na Rumunię. Nie dziwi zatem ich liczebność: liczbę niedźwiedzi szacuje się na blisko 5000, wilków na 2500, a rysi na 1800 osobników. Wszystkie te gatunki żyją w stanie wolnym, bez ingerencji człowieka, w naturalnym środowisku. Mimo że rumuńskie Karpaty stanowią zaledwie 1,4% powierzchni europejskich obszarów leśnych na zachód od Rosji, to na tym terenie żyje 50% populacji niedźwiedzi, 35% wilków i 30% rysi.

Naturalne obszary przyrodnicze oraz fakt, że 50% obszarów leśnych Karpat przypada na Rumunię, wzmacniają bioróżnorodność. Rumunia, która ma duże problemy finansowe, dobrze sprzedaje polowania. Sprzyja temu fakt, że unijna Naukowa Grupa Nadzoru w październiku ubiegłego roku postanowiła znieść zakaz wwozu do UE trofeów niedźwiedzi brunatnych pozyskanych w Rumunii. Decyzja ta zachęca myśliwych europejskich do polowań na największego europejskiego drapieżnika. Według ustalonego przez Ministerstwo Rolnictwa, Żywności i Gospodarki Leśnej cennika, licencja na mniejszą sztukę (skóra do 350 pkt CIC) kosztuje myśliwego 5 tys. euro, a na sztukę dużą (skóra powyżej 350 pkt CIC) warta jest 7 tys. euro. Być może jest to ostatni moment polowań na niedźwiedzie w tym kraju, albowiem od stycznia 2007 roku Rumunia stanie się członkiem Unii Europejskiej, a co za tym idzie, zmuszona będzie respektować dyrektywy, które zabraniają państwom członkowskim polowania na niedźwiedzie.

 Historia i teraźniejszość

Transylwania to miejsce, gdzie historia miesza się z legendą. Wszyscy słyszeliśmy, bądź czytaliśmy o hrabim Drakuli, którego pierwowzór pustoszył i terroryzował te ziemie w XVI w. Wspominamy także innego księcia Siedmiogrodu – naszego króla – Stefana Batorego, który tak pięknie zapisał się w historii naszego kraju, również jako zapamiętały myśliwy.
Obecnie, w XXI wieku, przejeżdżając przez miasta i wioski rumuńskie, odnosi się wrażenie, że czas zapędził się w ślepą uliczkę. Postęp socjalny, rozwój cywilizacyjny, społeczeństwo postindustrialne – wszystkie te pojęcia, którymi na co dzień zachłystujemy się w mediach i uczonych publikacjach, tutaj brzmią – delikatnie mówiąc – niemądrze, wręcz niedorzecznie. Wszechogarniający bezład, bałagan i przejmujące poczucie beznadziei, bezsensu i marazmu – oto, co towarzyszyło mi w podróży przez ten owiany ponurą legendą kraj. Wszystkie nauki wyniesione ze szkoły, wszystkie zasady i reguły, szczególnie te dotyczące ochrony środowiska, tutaj nie obowiązują. Rumuńska rzeczywistość zadaje im wszystkim kłam. Ośmiesza je do tego stopnia, że obserwator popada w zakłopotanie już w chwili, gdy pojawiają się w jego „postindustrialnej” świadomości. Śmieci, góry śmieci, znajdują się wszędzie. Opanowały krajobraz bez reszty, nawet na terenach rezerwatów. Nikt o nic nie dba, nikt się niczym nie przejmuje.

Ekologiczne zaniedbanie kraju to smutna spuścizna po rządach człowieka, którego zwano „geniuszem”, „wschodzącym słońcem Karpat”, „Ojcem ojczyzny”, a każde miasto wyposażone było w jego pomnik. Jak każdy prymitywny despota, był przekonany o swym geniuszu i charyzmie, jak każdy wywoływał śmieszność i grozę. Miał wiele obsesji. Jedną z nich było polowanie. Katalogi trofeów łowieckich utrwaliły tę namiętność. No cóż, przywilejem dyktatora było strzelanie najlepszej zwierzyny. A ponieważ Ceausescu lubił polować, to właśnie jego trofea należą do najlepszych na świecie. Rumunia hodowała zwierzynę po to, by jej władca mógł polować do woli i bić rekordy.
Po drugiej wojnie światowej w Rumunii było 1000 niedźwiedzi. To za sprawą Nicolae Ceausescu ich liczba wzrosła do ośmiu tysięcy w roku 1988. Zachłanność despoty nie miała granic. Polowania na niedźwiedzie były ulubionym zajęciem komunistycznego przywódcy. Nie zwracano uwagi na coraz liczniejsze ataki tych zwierząt na ludzi. Co roku notowano kilka przypadków śmiertelnych spotkań z niedźwiedziem. Populacja była zbyt liczna, a przypadki spotkania z ludźmi coraz częstsze i coraz bardziej tragiczne.
Częstokroć, motywując to troską o bezpieczeństwo mieszkańców Transylwanii, wódz organizował tam polowania redukcyjne. A były to przedsięwzięcia na ogromną skalę. Na długo przed dniem polowania, służby leśne intensywnie dokarmiały niedźwiedzie. Przy pomocy okolicznych chłopów zwierzęta spędzano na określone terytorium. Niedźwiedzi nie wolno było niepokoić. Miejscowi opowiedzieli mi o jednym takim polowaniu.

Wspomnienia z polowań na niedźwiedzie są cały czas żywe w pamięci ich uczestników. Odgrywali w nich rolę naganiaczy lub organizatorów. Z polowań pozostały pamiątkowe fotografie

Działo się to w 1988 roku. Dyktator zaprosił, a raczej przywołał partyjnych dygnitarzy i innych prominentnych gości, których jedynym zadaniem było przyglądanie się myśliwskim wyczynom „geniusza Karpat”, gdyż żaden z nich nie miał prawa mieć jakiejkolwiek broni. W nagance poszło 140 ludzi oraz podkładacze z 40 psami i liczna ochrona osobista nieomylnego przywódcy narodu. Ten zaś strzelił tego dnia 16 niedźwiedzi, ustanawiając tym samym kolejny łowiecki rekord świata – niebywały pomnik pychy i próżności.

Kolejny uczestnik polowania na niedźwiedzie, w którym uczestniczył Żiwkow. Pamiątkami zostały blizny na ciele po ataku niedźwiedzia i zegarek z wygrawerowanym podpisem przewodniczącego

Inna opowiedziana mi historia sprzed lat jest równie smutna. Przywódca „bratniego” narodu bułgarskiego – Teodor Żiwkow, często zapraszany w Karpaty na polowania, podarował jednemu z naganiaczy, którego poturbował ranny niedźwiedź, zegarek elektroniczny sygnowany na kopercie jego nazwiskiem. Naganiacz zachował podarunek i z dumą nosi go do dzisiaj. To jest zdarzenie pozytywnie świadczące o specyficznej wrażliwości na ludzkie cierpienie, w iście „pańskim geście” ówczesnych bałkańskich strażników sprawiedliwości dziejowej i społecznej. Dzisiaj opowieści tych słuchamy z niesmakiem i zażenowaniem. Wszak to wszystko działo się pod znakami św. Huberta…

Polowanie w Karpatach

Poza niedźwiedziami, rysiami i wilkami, ozdobą rumuńskich łowisk są także mocne, medalowe odyńce. W tej części Karpat, na terenach gęsto porośniętych buczyną z domieszką dębu (typowymi, dziczymi przysmakami), średnia waga odyńca wynosi ok. 150 kg, a zdarzają się osobniki nawet o wadze ok. 300 kg. Rekordowy oręż wyceniono niedawno na 144 pkt CIC. Niedźwiedzi w dalszym ciągu jest w Rumunii zbyt wiele. Toteż rząd, sprzedając licencje na odstrzał, postanowił ograniczyć ich populację, zwiększając wpływy do państwowej kasy.

Polowanie, w którym uczestniczyłem wraz z trzema kolegami, rozpoczęła zasiadka na wcześniej przygotowanych ambonach. Na nęciskach wysypywano kukurydzę i zakopcowano ziemniaki. Oprócz niedźwiedzi mogły być strzelane odyńce, ale wszystkim zależało przede wszystkim na spotkaniu z niedźwiedziem. W napięciu zajmowaliśmy wyznaczone ambony. Komu pobłogosławi św. Hubert? Kto otrzyma złom i pierwsze gratulacje kolegów? Czekamy w napięciu. Nagle wieczorną ciszę przeszył suchy, ostry jak trzask pękającego drzewa, pojedynczy strzał. Jest! Okazały samiec! Ale, niestety, strzelony między uszy, w czaszkę. Żerując na kukurydzy, trzymał łeb blisko ziemi i nie chciał pokazać łopatki. Trudno. Trofeum na tym trochę straci, ale wspomnienie pozostanie do końca życia. Sytuacja w grupie mocno się rozgrzała, a to przecież dopiero pierwsze wyjście!
Następne dni przyniosły kolejne doświadczenia. Dzienne pędzenia i wieczorne zasiadki. Jak to w górach bywa, w ciągu 8–9 godzin polowania zbiorowego brane były maksymalnie trzy mioty. Myśliwi zajmowali stanowiska na górze, a naganiacze wraz z psami pędzili zwierzynę od jej podnóża. Byłem pełen uznania dla ich kondycji fizycznej, bo nas, ceprów, co jakiś czas zatrzymywała zadyszka. Każdemu myśliwemu towarzyszył uzbrojony myśliwy rumuński – podprowadzający. Nie wiem, jak kolegom, ale mnie, uzbrojonemu jedynie w aparat fotograficzny, takie towarzystwo bardzo odpowiadało.

Porastająca buczyna wprowadzała nastrój półmroku, wciąż dając możliwość oddania pewnego strzału. Zwierzynę słychać z dużej odległości i to nie za sprawą psów, lecz opadłych liści szeleszczących przy każdym stąpnięciu. Niedźwiedzie jednak wymykały się z miotów. Były widziane przez naganiaczy na flankach. Powoli docierało do nas, że ten pierwszy sukces jeszcze niczego nie przesądził, że wcale nie będzie łatwo. Dzikami sypało, co podnosiło poziom adrenaliny u polujących i łagodziło niedosyt wywołany brakiem na rozkładzie tego najważniejszego.
Obserwując naganiaczy i ich psy, nierzadko spięte po trzy na powrozach, czułem, że takie polowania to ich chleb powszedni. Choć nie były to rasy wyspecjalizowane do polowań na niedźwiedzie, różnej wielkości wielorasowce, miksowane z jagdterierami i kopovami, posiadały jednak nieprawdopodobną pasję i wytrzymałość. Atakowały dziki, które były w miotach, z odwagą oszczekując wypychały je z wąwozów i mateczników.

Wieczorem, podczas kolejnej zasiadki, padł drugi strzał. Niedźwiedź uszedł, chociaż zaznaczył kulę, zostawiając na miejscu zestrzału sporo farby. Cofnął się do lasu. Nikt nie miał tyle odwagi, aby iść za postrzałkiem, nawet z psami. Pogodne nastroje w naszej grupie nieco opadły. Miejsce początkowej euforii po szybkim sukcesie zajęła cicha determinacja: niedźwiedzie muszą w końcu wyjść na nas. Ich bliską obecność wyczuły nie tylko psy!
Kolejny dzień rozpoczął się od przepędzenia tej części obwodu, gdzie poprzedniego dnia uszedł ranny niedźwiedź. Szczególne środki bezpieczeństwa, większa liczba psów, przy każdym polującym dodatkowy pomocnik i mniejsze odległości między stanowiskami. Same stanowiska – na metrowych zwyżkach. Niestety, św. Hubert tym razem nam nie sprzyjał.
Zmieniamy rewir. Łowisko, gdzie mamy teraz polować, oddalone jest o 80 kilometrów na północ. Pokonujemy ten dystans sprawnie, mając do dyspozycji wysokiej klasy samochody terenowe. Naganiacze już na nas czekają. Krótka odprawa i na stanowiska. Organizacja polowania – od samego początku wzorowa. Za niezbędne w tych trudnych warunkach samochody terenowe, z powodzeniem służą rodzimej produkcji „Dacie”.
Zanim docierają do nas odgłosy naganki, upływa ponad godzina. Nagle słychać głuche dudnienie. Z mroku wyłania się sylwetka niedźwiedzia, który biegnie wzdłuż stanowisk. Za nim drugi, cały czarny. To młode misie – najwyżej czteroletnie. Wychodzą z miotu bez strzału. Emocje rosną. Słychać ujadanie psów, a po chwili palba. Są dziki, dwa przelatki i zupełnie niezły wycinek. Sypią się gratulacje, na kapelusze wędrują złomy. Pamiątkowe zdjęcie i… jeszcze jedno pędzenie.
Finał wieńczy dzieło! Wieczorem podczas zasiadki zostaje strzelony jeszcze jeden niedźwiedź. Gdyby nie tamten postrzałek, plan polowania byłby wykonany i każdy wróciłby z upragnionym trofeum. Ja też jestem zadowolony. Przyroda karpacka jest niezmiernie wdzięcznym, choć trudnym tematem. Wspaniałe światło i przejrzyste, górskie powietrze. Wymarzone warunki dla każdego fotografa.

Rumuńskie myślistwo

Podczas przerw w polowaniach rozmawiałem z miejscowymi myśliwymi – członkami koła, na którego terenie odbyły się dwa pędzenia. Administracja leśna przyznała im odstrzał jednego niedźwiedzia. W sezonie strzelają 40 dzików, 10 jeleni i kilka saren. Składka do koła wynosi równowartość 200 euro w skali roku od każdego myśliwego. Dokarmianie prowadzą we własnym zakresie. Dla 22 członków koła dzierżawiącego obwód o powierzchni około 6 tys. ha jest to duży wysiłek finansowy, dlatego zmuszeni są sprzedawać polowania, by móc prowadzić gospodarkę łowiecką. Dwa strzelone dziki przyniosą kołu niewielki dochód. Wpłynie coś jeszcze za zorganizowanie polowania.

Kilkudniowy pobyt w Transylwanii upłynął w serdecznej atmosferze. Gospodarze okazali się bardzo gościnni i wylewni w okazywaniu swych uczuć. Wracając samochodem z węgierskim przyjacielem, późno w nocy, otrzymujemy telefoniczną informację: „Znaleźliśmy waszego postrzelonego niedźwiedzia. Darz Bór!”

tekst i fot. Andrzej Wierzbieniec

 

   
     
Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone
stat4u