"Łowiec Polski" - numer 7/2017
Polowanie i myśliwy

Mistrz z Nowego Światu

Stara mądrość głosi, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Włodzimierz Łucyk, ceniony rusznikarz z 30-letnim stażem i doświadczony myśliwy, dba o to, by kule miały dobre skupienie. O broni mówi ze znawstwem, a pod względem dokładności i solidności niewielu może się z nim równać.

Świt zastał go na zwyżce stojącej przy samotnej brzozie, na skraju porośniętych trzcinami bagien w okolicach Ornety. Kończył się październik, trawy srebrzyły się od przymrozku. Pomyślał, że to doskonała pogoda na lisa i zawabił. Po kilku chwilach zafalowały trzciny, ale zza ich ściany, jak zza teatralnej kurtyny, wychylił się nie płomiennorudy mykita, lecz pięknie umaszczony szary basior, na którego także miał odstrzał. Pan Włodzimierz był przygotowany i na taką sytuację. Basior zrobił krok, odsłaniając komorę i był to jego ostatni błąd.

Praca rusznikarza nie pozwala na częste wypady do łowiska, ale takich wspomnień pozazdrościć może mu wielu doświadczonych kolegów. Do dziś ma przed oczyma widok łąki nad Szkwą, gdzie o brzasku tokowało kiedyś 10 kogutów. Czuszykanie niosło się też z drugiego brzegu rzeki… Turniej czarnych rycerzy urzeka do tego stopnia, że aż do szabasu, kiedy to cietrzewie chwilą ciszy witają wschód słońca, ukryty w budce myśliwy nawet nie myśli o strzale. I dopiero gdy na powrót rozległa się charakterystyczna bełkotliwa pieśń, wybiera starego koguta o mocno zarysowanej lirze.

Nie ma takiej siły, która skłoniłaby go do odstrzału regularnego szóstaka, choćby nawet miał to być złotomedalowy kozioł. Uważa bowiem, że takie rogacze powinny pozostać w łowisku, stanowiąc jego ozdobę. Na rozkładzie ma 14 kozłów, a wszystkie z nich to myłkusy. W kolekcji nie brak parostków w formie baranich rogów i korkociągu, ale perłę zbioru stanowi najprawdziwszy trzytykowiec.

Po raz pierwszy zobaczył go w łowisku warszawskiego koła „Muflon”, którego jest dzisiaj prezesem, w przeddzień rozpoczęcia sezonu. Rogacz za swój rewir obrał skraj lasu i łąki ograniczonej pasmem olszyn. Od tamtego dnia pan Włodzimierz przyjeżdżał co tydzień w okolice Różana, ale myłkus jakby zapadł się pod ziemię. Święty Hubert uśmiechnął się do myśliwego dopiero 22 lipca – a więc w zgoła niekatolickie święto, które złośliwi nazywali „Dawne E. Wedel”. Trwała ruja saren i gdy Włodzimierz zawabił mikotem, kozioł wyskoczył z olszyn. Wtedy widział go po raz drugi i od tej pory ogląda parostki trzytykowca już co dzień.

  Resztę artykułu przeczytasz w pełnym wydaniu "Łowca Polskiego"

 

Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone