"Łowiec Polski" - numer 8/2017
Opowiadania myśliwskie

Łowy koloru blond

Marek rozstał się z żoną i wpadł w wir pracy. Odskocznią było polowanie. Zimą nie odpuszczał żadnej zbiorówki, wiosną czekał aż wyjadą dewizowcy, od połowy sierpnia co niedziela jechał na kaczki. Na rykowisko wybrał się na drugi koniec Polski. Ponieważ był człowiekiem lubianym, to na brak zaproszeń nie mógł narzekać. Kiedy więc nie siedział za biurkiem lub nie miał w kalendarzu kolejnego spotkania, to natychmiast sięgał po strzelbę i znikał w kniei. Nie interesowały go kobiety, odmawiał kolegom swatającym go z koleżankami żon, nie uczestniczył w imieninach i urodzinach. Praca i polowanie to było całe jego życie.

Tak minęło kilka lat. Sława Marka jako myśliwego wśród kolegów rosła, jego łowiecka wiedza też. Polowanie powoli stawało się treścią życia. Dlatego kiedy kolega zaprosił go na raut z okazji przyjazdu ambasadora ze słonecznej Italii, nie przejawiał zbytniego entuzjazmu. Julian był Włochem osiadłym w Polsce od wielu lat, któremu, jak to się mówi, „poszczęściło się w biznesie” i wizyta ambasadora z rodzinnego kraju była niemałą nobilitacją. W tej sytuacji trudno było odmówić. Przyjęcie odbywało się w renomowanej restauracji. Marek wiedział, że nie może zawieść kolegi, ale od razu uprzedził:

– Zwijam się zaraz po ambasadorze, bo rano zamierzam zapolować. Właśnie zaczęła się ruja.

Kiedy pojawił się na sali wraz ze znajomą, którą zaprosił do towarzystwa, Julian posadził go u szczytu, pozostawiając wolne krzesło między nim a ambasadorem.

– Tu przyjdzie dziewczyna znająca włoski, będzie zabawiała ekscelencję rozmową i tłumaczyła.

Tłumaczka się spóźniała, ale okazało się, że ambasador zna angielski i jest myśliwym. Szybko znaleźli wspólny język. Podano antipasti i primo piatto, a krzesło między Markiem a ambasadorem wciąż było puste. Wypili już butelkę wina, angielski okazał się dla obu prawie jak język ojczysty i rozmowa toczyła się wartko. Julian zapowiadał, że po wetach będą tańce, ale jednocześnie spoglądał dość nerwowo na zegarek i drzwi.

Właśnie wznieśli kielichy za gospodarza, kiedy w drzwiach stanęła świetnie zbudowana blondynka, niezwykle zgrabna, ubrana w klasyczną małą czarną. „Rycząca czterdziestka” ocenił błyskawicznie Marek. Męska część sali zamarła, Julian zerwał się z krzesła, podbiegł do wchodzącej, coś powiedział po włosku i przyprowadził ją do stolika, wyraźnie wskazując miejsce między Markiem a ambasadorem. Przedstawił jej obu. Ambasador błyskawicznie przeszedł na włoski i prowadził ożywioną dyskusję.

  Resztę artykułu przeczytasz w pełnym wydaniu "Łowca Polskiego"

 

Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone