fot. Michał Nowakowski

Długodzioba

Obiad zasuwał z apetytem. Rosół z ziemniakami, czyli „ślepe ryby”, do tego gumiklejze – śląskie kluski z gotowanych ziemniaków, rolada wołowa i modra kapusta, to było to, co lubił najbardziej. Takie menu przypominało mu obiady babci Kasi, przy ulicy Pawliczka, w cieniu kominów zabrskiej koksowni. Smak szczęśliwego dzieciństwa wśród familoków, grania w fusbal i godzin spędzonych na podglądaniu ówczesnych idoli – Kostki, Oślizły, Gorgonia, małego Szołtysika i króla boisk – Włodzimierza Lubańskiego, gdy trenowali na stadionie przy Roosevelta.

Cytrynka gotowała równie dobrze jak babcia i tak jak babcia tolerowała ten stały nawyk – pół godzinki dla słoninki – krótką poobiednią drzemkę. Gdy się obudził, nastawił ekspres i po chwili po domu rozszedł się ten jedyny w swoim rodzaju cudowny zapach świeżo mielonej i parzonej kawy.

Pił niespiesznie, delektując się smakiem etiopskiej arabiki kupionej we właśnie otwartym sklepie „Pożegnanie z Afryką” – pierwszym takim w stolicy. Pił nieśpiesznie, ale co chwilę spoglądał ukradkiem na zegarek, co jednak zaintrygowało drugą połowę.

– Gdzieś się śpieszysz? – spytała podejrzliwie.

– Nie, na polowanie jadę dopiero za dwie godziny.

Wzruszyła ramionami. Nihil novi sub sole. Przyzwyczaiła się, że w sobotnie popołudnie znikał z domu, wyjeżdżając do lasu. Ot, taki rytuał.

A jednak coś w nim drgało inaczej niż zwykle. Po raz pierwszy miał samodzielnie jechać na słonki! Czuł każdym swym mięśniem, każdym nerwowym zwojem, każdym włoskiem na skórze, że to nie jest taki sam wyjazd, jak w poprzednie soboty.

Naczytał się o tych wiosennych łowach i niepozornych ptaszkach. Ejsmond, Badeni, Korsak, Bratny – wszyscy uważali polowanie na długodziobe za najważniejsze po tokach głuszców. Chciał tego zasmakować!

Kilka dni temu zabrał go na pierwsze słonki do swojego łowiska nad Odrą kolega – fotoreporter CAF, zapalony, doświadczony nemrod.

– Choć pokażę ci, na czym to polega – powiedział i postawił go na brzegu olchowego lasku na skraju łąki, po czym sam poszedł kilkadziesiąt metrów dalej. Stał więc, patrzył w niebo i nic się nie działo. Gdy zrobiło się szarawo, Rysiek wrócił podekscytowany.

Podziel się
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Inne ciekawe artykuły

Tradycje i zwyczaje

Pierwsza strzelba II RP

Oficerowie dwudziestolecia międzywojennego oprócz akademii wojskowych „kończyli” również wyższą uczelnię św. Huberta, która wychowała całe zastępy wytrawnych myśliwych. Najwyższą lokatę wśród kadry oficerskiej zdobył marszałek

Broń

Arsenał z Norymbergi

Szczęśliwy jak dziecko w sklepie z cukierkami – mawiają Anglosasi, by zobrazować czyjąś niewyobrażalną radość. Fani broni myśliwskiej podobne emocje przeżywają rokrocznie odwiedzając odbywające się

Polowanie i myśliwy

Łucznictwo szkołą charakteru

Co łączy łucznictwo i pirografię, czyli szlachetną sztukę wypalania w drewnie? Z pewnością bystre oko. To dzięki niemu strzała odnajduje drogę do celu, a w

Polowanie i myśliwy

Z drylingiem do pożaru

Przez dziesiątki lat chronił las przed ogniem. W zamian za to święty Hubert pozwolił mu poznać największe sekrety świata zwierząt i szczodrze darzył podczas polowań.

Opowiadanie

Dewizowiec w kanale

Miałem okazję wziąć udział w szkoleniu strzeleckim dla myśliwych organizowanym przez największą brytyjską organizację łowiecką British Association for Shooting and Conservation. Choć poluję nie od