Koniec sezonu

Kłopoty zaczęły się już w sklepie „Złota Trąbka”. W ofercie zabrakło amunicji, której używałem od lat. Okazało się, że w moim kalibrze są kule mało znanej firmy z terenu byłej Jugosławii. Była wojna, może nauczyli się produkować porządną amunicję – pomyślałem – gdzie będę jeździł w korkach po mieście. Kupiłem jedną paczkę.

Kiedy wyszedłem ze sklepu, samochód… nie odpalił. Oj, święty Hubercie, czego się czepiasz? – jęknąłem w duchu. Bo przecież nie odpalił nie dlatego, że zostawiłem go po raz kolejny tego dnia na światłach, a akumulator miał już swoje lata – Hubert wyraźnie nie chciał, bym pojechał na to polowanie.

A ja chciałem pojechać. Bardzo! Na legendarne już polowanie kończące sezon zaprosił mnie po latach Artur, z racji posiadania rozlicznych hektarów zwany przez nas Hrabią. Zawsze 15 stycznia, zawsze w doborowym towarzystwie, zawsze z dobrymi rozkładami i jeszcze lepszymi biesiadami po zakończeniu. Otrzymanie zaproszenia było swego rodzaju nobilitacją.

Artur zapraszał nas regularnie, ale pewnego razu doszło, z mojej winy niestety, do sporu między nami, który zaowocował ochłodzeniem stosunków i kilkuletnią absencją na łowach. Kiedy więc przez umyślnego przekazał zaproszenie, wiedziałem, że MUSZĘ pojechać.

Przygotowywałem się wyjątkowo starannie. Dwie pary kalesonów, trzy podkoszulki, skarpetki, co je ongiś u góralki w Zakopanem na targu kupiłem za cenę wyśmienitego „łyskacza”, zielony sweter pamiętający czasy służby w strażnicy i kurtka bechatka odziedziczona po ojcu, zamiast kapelusza – lisiura. Zapowiadali minus dwadzieścia! Zdjąłem warstwę oliwy z nowiuteńkiego, tylko co nabytego sztucera, zapakowałem do plecaka wiktuały i byłem gotów.

Tej nocy we śnie co rusz atakowały mnie odyńce wielkości niedźwiedzi i między drzewami migały jelenie. Kiedy więc o piątej rano zadzwonił budzik, wstawałem z trudem. Kobieta otwarła oko, popatrzyła z politowaniem, mruknęła „głupek”, otuliła się mocniej kołdrą i przewróciła na drugi bok.

Tak naprawdę obudził mnie dopiero zapach kawy unoszący się nad ekspresem. Filiżanka mocnego naparu i dwa gryzy ciasta drożdżowego postawiły mnie ostatecznie na nogi. Kiedy zobaczyłem światła wozu, którym podjeżdżali Prezes z Jeszcze Ważniejszym Prezesem, byłem gotów. Wyszedłem przed dom i… po raz pierwszy pomyślałem, że Cytrynka miała może rację. Termometr przy drzwiach pokazywał minus dwadzieścia cztery. No, ale przecież na polowanie nie ma złej pogody.

Podziel się
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Inne ciekawe artykuły

Polowanie i myśliwy

Z woliery do łowiska

Długość ma znaczenie! Chodzi oczywiście o długość ogona. Po tym m.in. poznamy, który z bażantów nada się do reintrodukcji. Sierpień i wrzesień to doskonała pora

Porady praktyczne

Sołtys oszacuje

W ciągu ostatnich miesięcy radykalnie zredukowaliśmy dziki, które są głównym sprawcą szkód, ale problemów nam nie ubędzie. Nowe rozwiązania w znowelizowanej ustawie Prawo łowieckie spowodują

Kynologia

Kłopot z narzynaczem

Narzynacz to pies, który kaleczy lub zjada upolowaną zwierzynę. To bardzo poważna wada, którą najprawdopodobniej się dziedziczy, zatem czworonogi z takim defektem powinny być eliminowane

Hodowla i ochrona

Myśliwi dla przyrody

W wielu dyskusjach o łowiectwie nasi przeciwnicy stawiają tezę, że myśliwi zajmują się wyłącznie zabijaniem, a cała nasza opowieść o ochronie przyrody jest jednym wielkim

Tradycje i zwyczaje

Strateg na polowaniu

Finlandię skazaną na porażkę w starciu z Armią Czerwoną obronił w czasie zimowej wojny 1939/1940 marszałek Carl Gustaf Emil Mannerheim, który zastosował prawdziwie łowiecką strategię.