fot. album fotograficzny rodziny Pętkowskich

Na zachód od Kilimandżaro

Album zatytułowany „Łowy Jana Pętkowskiego w Afryce – Tanganyika Territory – Kwiecień –sierpień 1928 r.” jest kruchą pamiątką ocaloną z pożogi Powstania Warszawskiego. Księga pozwala nam odbyć podróż w czasie do epoki, gdy na safari do Afryki Wschodniej wyruszali legendarni zawodowi myśliwi i ich sławni klienci, amatorzy mocnych wrażeń i kontaktu ze światem niezmienionym przez cywilizację.

Polscy myśliwi – Jan Władysław Pętkowski i Jan Koźmian – płynęli statkiem SS „Wangoni” z Genui przez Morze Śródziemne, następnie przez Morze Czerwone, do portu w Kilindini, oddalonego o zaledwie parę mil od Mombasy. Teren wyprawy łowieckiej rozciągał się na zachód od Kilimandżaro, w kierunku jeziora Wiktorii, i obejmował bezkresne równiny Serengeti. Wyprawa nie powiodłaby się, gdyby nie dobrzy przewodnicy, którzy znali również drogi niezaznaczone na mapie. Pomoc okazywali też tubylcy, ludzie odważni, silni, wytrwali i uczciwi, będący z urodzenia i z upodobania myśliwymi.

Ekspedycja została bardzo dobrze wyekwipowana – zadbano o namioty, zapasy herbaty, kawy, konserw i sucharów. Nie zabrakło garnków i rondli. Pomyślano również o chemikaliach i narzędziach do preparowania skór. Sukcesy łowieckie dokumentowano za pomocą dwóch aparatów fotograficznych. A było czemu robić zdjęcia – na rozkładzie znalazły się m.in. lamparty, nosorożce, bawoły, kozły wodne, antylopy eland, impala, hartebeest i dikdik oraz gazele Granta i Thomsona. Arsenał składał się z repetierów Winchestera w kalibrze na wielką piątkę, dwóch sztucerów Mannlicher-Schönauer 6,5 × 54, ekspresu .577 Nitro i dubeltówki dwunastki.

Gdy zapadał zmierzch, muły i konie zapędzano do zagrody zrobionej z kolczastych krzewów. Rozpalano ogniska, a dwóch ludzi trzymało wartę, zmienianą w ciągu nocy. Pewnego razu krnąbrny i uparty muł wyrwał z ogrodzenia i rycząc potępieńczo uszedł w afrykańską noc. Masajowie podnieśli gwałt, wartownik oddał strzał, przypuszczając, że to atakuje lew. O brzasku okazało się jednak, że drogę wprost przez obóz obrał… nosorożec. Myśliwi ruszyli po tropie i po godzinie weszli w zarośla, wśród których rosły olbrzymie drzewa gumowe. Spod nich wysunął się ogromny nosorożec i zaszarżował na Jana Koźmiana. Ten błyskawicznie strzelił z rzutu, ale niestety nieco zdołował. Kula trafiła na niską komorę. Koźmian, pogromca wielu grubych odyńców na Lubelszczyźnie, drugi strzał oddał z zaledwie piętnastu kroków. Kula, przebiwszy czaszkę, położyła pancernego zwierza w ogniu.

Podziel się
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Inne ciekawe artykuły

Polowanie i myśliwy

W zajęczym chruśniaku

Zamiast mrozu i śniegu – ulewny deszcz. Poprzecinane miedzami pola zastąpiły sady i plantacje malin oraz aronii. Ale za to zające dopisały. Są jeszcze w

Broń

W innym świetle

Pogląd, że prawo zabrania używania celowników noktowizyjnych wykorzystujących iluminator podczerwieni, jest niesłuszny. Przepis Regulaminu polowań dopuszcza noktowizję jako całość, bez wchodzenia w technikalia, czyli konstrukcję

Kynologia

Szkolenie psa

Konkursy psów myśliwskich wyznaczają poziom oraz styl pracy z naszymi czworonogami. Jeżeli chcemy wziąć w nich udział, musimy odbyć kilkumiesięczny trening, który – bez względu

Temat miesiąca

Grad medali

W zeszłym sezonie strzeliliśmy ponad 3000 medalowych kozłów. Ponad 500 z nich otrzymało złoty medal. A to i tak niepełne dane. Z powodu pandemii koronawirusa

Polowanie i myśliwy

Bury pod amboną

Wilk pogryzł myśliwego. Nie na Syberii, lecz pod Słupskiem. Nie sto lat temu, ale przed miesiącem. Rana niegroźna – kłopoty spore. Burmistrz stawia tablice ostrzegawcze