fot. archiwum Sławomira Strzelczyka

Podwójne życie doktora

Na co dzień ratuje ofiary wypadków i żartuje, że nie ma takiego bólu, którego jako chirurg nie mógłby wytrzymać… u pacjenta. Łowiectwo to jego drugie życie. Uważa je za szkołę niezbędnej u lekarza cierpliwości, ale także charakteru.

Kiedy operacja replantacji kończyny u dziecka dobiegła szczęśliwie końca, dziennikarka gazety, w której słowo tolerancja odmienia się przez wszystkie przypadki, poprosiła pana doktora o wywiad. Na koniec rozmowy poświęconej chirurgii, lekarskiemu powołaniu i poświęceniu, empatii, a także potrzebie nieustannego samokształcenia, spytała chirurga o hobby. Ponieważ pan doktor uważa, że ten, kto nie przyznaje się do swych namiętności, wstydzi się samego siebie i postępuje nierycersko, odparł bez wahania: „polowanie”. Dziennikarka przyoblekła się w upiorną bladość: „Pan? Taki humanista? Do zwierzątek?”. Na to doktor, który wyznaje zasadę, że żarty należy opowiadać przy zachowaniu absolutnej powagi, zripostował: „Łaskawa pani redaktor, skoro przez sześć dni w tygodniu nie zajmuję się niczym innym poza ratowaniem życia, to siódmego dnia mogę chyba zrobić coś dla odmiany?”.

W ogóle stosunek pana doktora do naszych zielonych braci jest jak najbardziej pozytywny i przyjazny. W opinii Sławomira Strzelczyka ktoś, kto zajada zieleninę i uważa siebie – dajmy na to – za emu, w pełni zasługuje na szacunek. Uwagę, że myśliwi wprawdzie szanują odmienność, ale nie mogą – jak dotąd – liczyć na wzajemność, doktor komentuje krótko: „Podczas studiów uczęszczałem na wykłady z psychiatrii. Tam uczono, że to ja mam rozumieć pacjenta, a nie pacjent mnie. Tego się trzymam”.

Dawno temu w Bieszczadach

Z dzieciństwa pamięta wyprawy do wuja Czesława, w Bieszczady. Do Smerekowca i Wetliny jeździł rokrocznie na ferie zimowe, a zimy były wtedy prawdziwe, z trzaskającym mrozem, który szyby leśniczówki malował w misterne wzory. Raz na jakiś czas przychodziły gospodynie z sąsiedztwa gotować czerninę, bigos i rolady z dziczyzny. Gdy spytał ciotkę, co się szykuje, odparła z humorem, z którego była znana: „Narada leśników. Trzy dni się naradzają, trzy dni polują i trzy piją”.

Wuj, absolwent Wyższej Szkoły Lasowej we Lwowie i oficer 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, miał przed wojną majątek Królewszczyzna na Wileńszczyźnie i gościł tam nawet samego prezydenta Mościckiego. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że gospodarz nie uważał tego za jakiś specjalny powód do dumy, bo – jak twierdził – pan prezydent składał wizyty wszędzie tam, gdzie była zwierzyna, a Królewszczyzna słynęła z doskonałych stanów głuszca.

Podziel się
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Inne ciekawe artykuły

Kynologia

Sztuka wyboru

Decyzja o kupnie psa powinna zostać podjęta świadomie. Chodzi zarówno o wybór rasy, jak i konkretnego skojarzenia pary rodzicielskiej. Następstwem będzie nawet kilkanaście lat spędzonych

Kynologia

Z psem w stadzie

Cóż z tego, że pies potrafi tropić, aportować, przeszukiwać teren i zna wiele komend porządkowych, ale… nie zawsze chce je wykonywać. Musimy sprawić, aby nasz

Porady praktyczne

Przeżyć szarżę

To zdarzyło się naprawdę. Konfrontacja z szarżującym odyńcem, do której doszło w rewirze znajdującym się nieopodal Warki, skończyła się dla myśliwego tragicznie. Mężczyzna wykrwawił się,

Temat miesiąca

Wielkie zagrożenie

Często bagatelizowane kleszcze stanowią jedno z najpoważniejszych zagrożeń XXI wieku. Imponującej długości lista zagrożeń, dzięki coraz lepszej diagnostyce, stale się wydłuża, dostarczając kolejne wirusy, bakterie,

Tradycje i zwyczaje

Myśliwski portret Kossaka

Do najbardziej udanych przedstawień patrona myśliwych należy z pewnością obraz Jerzego Kossaka zatytułowany „Widzenie św. Huberta”. Na Międzynarodowej Wystawie Łowieckiej w Berlinie w 1937 r.